wtorek, 23 kwietnia 2013

Soczyste maliny czyli Bell Gram Wear 439 i Catrice Raspberry Fields Forever


Wiosna to taki okres, kiedy uwielbiam nosić na paznokciach żywe, jaskrawe i zdecydowane kolory. Nie dla mnie są pastelowe brzoskwinie, lawendy czy mięty. 
Kiedy tylko temperatura zaczęła oscylować w okolicach 15 stopni, postanowiłam zamienić mój ulubiony jesienno-zimowy lakier (Q by Color Alike o numerze 108) na coś malinowego. Wybór padł oczywiście na Raspberry Fields Forever od Catrice. Niestety mimo rewelacyjnego koloru który ubóstwiam, lakier ma kiepską jakość. Paznokcie po kilku godzinach  normalnego funkcjonowania, z powodu startych końcówek wyglądają mało estetycznie, a pod koniec dnia nadają się tylko i wyłącznie do zmycia. 

Zdjęcie wykonane po 6 godzinach od aplikacji.Paznokcie wyglądają fatalnie.

Próbowałam wielu sposobów, które pomogłyby mi przedłużyć jego trwałość. Lakier jest jednak bardzo oporny na jakąkolwiek współpracę.Nie pozostało mi zatem nic innego jak znaleźć jego następcę.
Przechodząc dzisiaj koło pewnej małej drogerii ( jeśli ktoś jest z Krakowa to gorąco polecam drogerię "Magdalena" na ulicy Gramatyka - można tam znaleźć np. lakiery Color Alike czy kosmetyki Celii) postanowiłam zakupić wcierkę do włosów Jantar( której zużyłam już 2 opakowania). Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie zwróciła uwagi na lakiery do paznokci. "Pech" chciał, że w pierwszej linii lakierów Bell, stał ten oto gagatek.

Nie mogłam sobie odmówić jego zakupu(kosztował 8,84). Lakier ma bardzo podobny kolor do mojego ulubieńca z Catrice( jest nieco cieplejszy i odrobinę mocniej wpada w czerwień). Dodatkowo zatopiony jest w nim  drobny, złoty pyłek.
Nie jestem zwolenniczką brokatu czy błysku na paznokciach, jednak ten efekt tak bardzo mi się spodobał, że postanowiłam zaryzykować.Mam nadzieję, że się nie zawiodę.


poniedziałek, 8 kwietnia 2013

I skończyły się....

...kolejne produkty. Zdaje sobie sprawę z tego, że trzy tygodnie temu pojawił się podobny post, niemniej jednak liczba zużytych produktów tak szybko wzrosła, że postanowiłam już teraz o nich napisać. Produktów nie będzie oszałamiająco dużo, niemniej jednak chciałabym się już pozbyć tych pustych opakowań zalegających w moim mieszkaniu.
Oto one:
Zacznę może od odżywek do włosów. Udało mi się zużyć dwie. Żadna z nich nie zrobiła na mnie piorunującego wrażania, więc już w tym miejscu mogę napisać, że raczej do żadnej z nich nie wrócę.
Odżywka do włosów suchych i zniszczonych z granatem i aloesem marki Alterra, to produkt bardzo często wychwalany pod niebiosa na blogach. Postanowiłam i  ja go wypróbować, bo jeśli jest tak idealny, to czemu nie miałabym z niego korzystać? 
Odżywka ma bardzo przyjemny skład, i pięknie pachnie. Proste, wygodne opakowanie sprawia, że korzystanie z niej, staje się czystą przyjemnością. Z jej właściwościami jest już nieco gorzej. Nie nawilża moich włosów tak, jak bym sobie tego życzyła. Trzeba zostawić ją na włosach przez dłuższy czas, żeby zaobserwować rezultaty. Ponadto, mimo jej stosowania, mam duży problem z rozczesaniem włosów. 
Mimo, że nie kosztowała dużo raczej do niej nie wrócę. Odżywka którą stosuje teraz, znacznie lepiej się sprawdza.
Odżywka "Intensywna regeneracja" z Nivea to specyfik, który zalegał z mojej szafce chyba już od dwóch lat. Zupełnie się nie sprawdziła na moich włosach gdyż strasznie je przeciążała. Zużyłam ok 1/3 opakowania i schowałam ją głęboko do szuflady. Teraz stwierdziłam, że należałoby coś z nią zrobić, a w związku z tym, że po tak długim czasie na włosy na pewno bym jej nie nałożyła, wykorzystałam ją do golenia nóg. Sprawdziła się idealnie!
Następnym produktem w kolejce jest  Jantar. Pisałam o nim już tak dużo pochlebnych rzeczy, że nie będę się powtarzać. Genialny produkt! Zużyłam już dwa opakowania i na pewno kupię kolejne!
Jego cena waha się od 9 do 12 złotych.
Zmywacz do paznokci Nailty z Biedronki, kupiłam wieki temu. Obecnie nie jest już dostępny( i może nawet dobrze;p ). Produkt niezwykle tani, a przy tym wydajny. Dobrze zmywał paznokcie jednak mam wrażenie, że dość mocno przesuszał skórki. 
 
Mój KWC!!! One by One Volum Express od Maybelline to tusz idealny dla mnie. Pięknie pogrubia i wydłuża rzęsy, a przy tym idealnie je rozczesuje. Szybko zastyga, dzięki czemu nie odbija się na powiece. Nie kruszy się. Trzyma się na rzęsach cały dzień. Jest stosunkowo tani ( w promocji można go upolować za ok. 27-29zł). Jedynym minusem jaki mogę tutaj wskazać, jest duża szczoteczka, którą ciężko się operuje, szczególnie jeśli ma się małe oczy i cienkie krótkie rzęsy, niemniej jednak odrobina praktyki i malowanie staje się czystą przyjemnością. Z pewnością kupię kolejne opakowanie, gdyż tusz który używam obecnie jest beznadziejny(po trzech opakowaniach One by One, chciałam spróbować czegoś innego i źle się to skończyło;/ ).
Ostatnie produkty to dwie próbki.
Serum z Yves Rocher zużyłam będąc pewnego razu na basenie.Taka próbka jest rewelacyjnym rozwiązaniem, gdyż idealnie wystarcza na dwie osoby. Żadnych właściwości nie stwierdziłam, gdyż po takiej pojemności nie jest to chyba możliwe;p
Druga próbka to maska intensywnie regenerująca z proteinami mlecznymi z Biowax-u. Rewelacyjny produkt! Po jej użyciu moje włosy były tak miękkie i tak puszyste jak jeszcze chyba nigdy. Planuję zakup pełnowymiarowego opakowania jak tylko skończę jej koleżankę przeznaczoną do włosów blond.

wtorek, 2 kwietnia 2013

Prezent od zajączka


Prezenty niespodzianki są zdecydowanie najlepsze!
W moim domu rodzinnym nie ma zwyczaju robienia sobie prezentów z okazji gwiazdki czy mikołajek, a co dopiero Świąt Wielkanocnych. Tym większe było moje zdziwienie, gdy otrzymałam kilka małych drobiazgów. Jednym z nich (z którego ucieszyłam się najbardziej) było brytyjskie wydanie kwietniowego Glamour. 

Do gazety, (którą staram się czytać w celu zwiększania swoich zdolności językowych;p) był dołączony pewien gratis. Spośród czterech, które można było sobie wybrać, mnie trafił się "finishing polish" (Co prawda wolałabym otrzymać odżywkę lub szampon, ale jak to mówią "darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda")

Nigdy nie używałam produktów Percy & Reed, dlatego jestem niezmiernie ciekawa jak się sprawdzą. Próbka  jest ogromna, ma 100 ml( pełnowymiarowe opakowanie  ma pojemność 125 ml i kosztuje ok 10 funtów). W jej składzie możemy znaleźć min. ekstrakt z kasztanowca oraz wosk słonecznikowy(?). 
Jeszcze jej nie otwierałam, ale na brytyjskich blogach przeczytałam, że pięknie pachnie owocami.
Bardzo chętnie przetestuję! Oby więcej takich prezentów ;D


czwartek, 28 marca 2013

L'Occitane en provence hand cream - duże rozczarowanie

Jakiś czas temu, kremy L'Occitane bardzo często pojawiały się na blogach i były wychwalane po niebiosa: jakie to one skuteczne, jak radzą sobie z przesuszoną skórą, jak pięknie nawilżają i pachną. Zachęcona tymi opiniami zdobyłam ów krem ( który nawiasem mówiąc był dodatkiem do brytyjskiego wydania Glamour lub Marie Claire ) i postanowiłam, że sama sprawdzę jak sobie radzi w trudnych, zimowych warunkach.

Zima to dla mnie okres kiedy wszystkie moje kończyny wysychają na wiór. Kilka minut na mrozie czy zimnym przeszywającym wietrze wystarcza, by skóra moich dłoni była sucha, spierzchnięta i popękana. Jestem  zatem idealnym materiałem aby sprawdzić, czy krem do rąk jest faktycznie skuteczny.
Zacznijmy jednak od opakowania, które niezwykle mi się podoba. Jest proste, klasyczne, niewielkie (mieści 30ml) i bardzo praktyczne (idealnie pasuje do kobiecej torebki). Tubka w której mieści się produkt jest na tyle miękka, że wydobycie resztek produktu nie stanowi dla mnie żadnego problemu. Dodatkowo opakowanie zakręcane jest za pomocą małej, czarnej zakrętki z rantami, która  umożliwia bezproblemowe odkręcanie i zakręcanie tubki. Ma jednak swoją niewielka wadę-można ją łatwo zgubić.

Zapach kremu jest przepiękny, bardzo subtelny, delikatny a jednocześnie "ciepły". Ja mam wersję, rzekłabym "oryginalną", która nie jest wzbogacana żadnymi dodatkami zapachowymi, a mimo to bardzo mi się podoba. 

Konsystencja kremu jest dosyć gęsta, zbita  i powiedziałabym że maślana, jednak można ją bez najmniejszych problemów rozsmarować i wetrzeć w skórę dłoni. Krem wchłania się błyskawicznie dając uczucie ukojenia oraz ulgi. Uczucie to jest jednak bardzo krótkotrwałe. Mam wrażenie, że krem zupełnie nie nawilża mojej skóry, a jedynie chwilowo ją natłuszcza, co w konsekwencji skutkuje dużym dyskomfortem. Nie mam bowiem czasu ani ochoty, aby co kilkadziesiąt minut, nakładać kolejną warstwę kremu na swoje dłonie. Być może w okresach letnich byłby świetny, jednak latem większość kremów dobrze sobie radzi z moją skórą dłoni.
Podsumowując, krem L'occitane z 20% dodatkiem masła shea, u mnie się nie sprawdził. Uważam, że cena 30 zł jaką musimy na niego wydać, jest zupełnie nieadekwatna do jakości. W moim przypadku porównywalnie dobrze sprawdza się krem z mocznikiem z Isany za ok. 5,50 zł o ponad 3-krotnie większej objętości. Jeśli ktoś ma możliwość zdobycia go w niższej cenie (tak jak ja) i wypróbowania- serdecznie polecam, jednak w cenie regularnej jest to moim zdaniem "przerost formy nad treścią".

niedziela, 17 marca 2013

Kolejna część zdenkowanych

Po  (kolejnej) dłuższej przerwie chciałabym przedstawić  (następną ) porcję produktów, które wykończyłam.


Zacznijmy od  ojejku z Alterry  - pomarańcza i brzoza.   Zakupiłam go dość dawno temu , kiedy to na jednym z blogów  przeczytałam o jego rewelacyjnym wpływie na włosy.  Niestety  w moim przypadku nie było samych „ochów i achów”.   Ładnie włosy wygładzał, i dobrze się zmywał. Ponadto miał rewelacyjny zapach, który niestety nie chciał pozostawać na mojej głowie na dłużej. Szklana buteleczka ,w której był zamknięty oraz brak dozownika w żaden sposób nie utrudniały mi jego użytkowania.
Podsumowując, jest to całkiem niezły produkt, który poprawił nieco kondycję moich włosów, ale spodziewałam się po nim więcej. Bardzo możliwe, że jeśli nie znajdę czegoś lepszego to jeszcze kiedyś do niego wrócę, gdyż jego „brat”, radzi sobie z moimi włosami zdecydowanie gorzej. 

Kolejny produkt to mój absolutny ulubieniec! Mowa oczywiście o żelu pod prysznic Balea Young Dusche Mademoiselle Chic.  Kosmetyk ten rewelacyjnie pachnie czekoladą i pomarańczami. Połączenie to jest tak perfekcyjnie wyważone, że niestety nie udało mi się jeszcze znaleźć jego godnego zastępcy, a na ponowny  zakup w drogerii DM nie mam  co liczyć, gdyż wchodził on w skład edycji limitowanej. Konsystencja tego żelu była idealna, a właściwości myjące świetne. Pięknie się pienił i nie wysuszał skóry.  Był bardzo wydajny mimo, że biorąc prysznic wcale go nie oszczędzałam. Bardzo żałuję, że nie będę miała możliwości już go używać, gdyż był to mój niekwestionowany ulubieniec zimy.
Kosztował ok 1 euro w niemieckim DM-ie.

Ostatni pełnowymiarowy produkt to płyn micelarny do demakijażu twarzy i oczu z witaminą C, ekstraktem z miodu i D-pantenolem z Lirene . Nie wiem co mnie podkusiło, że go kupiłam( chyba różowy kolor na opakowaniu;p i oczywiście brak jakiegokolwiek produktu do demakijażu). Płyn ten mimo mojej bardzo nieprzychylnej opinii miał kila plusów, więc może od nich zacznę. Po pierwsze pięknie pachniał. Nie umiem opisywać zapachów, powiem nawet więcej – jestem w tym beznadziejna. Jego zapach mogę jedynie  porównać do płynu micelarnego z Biedronki, który ostatnimi czasy podbija blogoswerę. Drugim plusem jest niewątpliwie fakt, iż nie podrażnia i nie szczypie w oczy. Przez cały czas jego użytkowania nie zdarzyło mi się, aby kiedykolwiek spowodował pieczenie czy swędzenie.  Produkt okazał się jednak być niesamowicie mało wydajny. Mimo 200 ml pojemności zużyłam go w zastraszająco szybkim tempie pomimo,  iż używałam go tylko do demakijażu oczu. Co więcej, płyn w ogóle nie radził sobie z makijażem. Nie mówię tutaj o mocnych kreskach wykonanych lajnerem, czy wodoodpornym tuszu,  a jedynie o zwykłych cieniach i maskarze. Niejednokrotnie potrzebowałam kilku wacików aby oczyścić oczy z makijażu.
Niestety nie polecam. Za cenę ok 11zł można znaleźć zdecydowanie lepsze produkty.

Przedostatnim produktem została maska oczyszczająca z glinką szarą do skóry mieszanej, tłustej i trądzikowej marki Ziaja.  Nie jestem posiadaczką cery  ani tłustej, ani tym bardziej trądzikowej. Tak naprawdę, nie wiem co mnie podkusiło żeby kupić tę maskę( może fakt, iż czasem w strefie T robią mi się zaskórniki, a na masce był przecież napis – „oczyszczająca”). Maska zrobiła mi o wiele więcej złego niż dobrego na twarzy. Po jej użyciu skóra była czerwona , piekąca i bardzo podrażniona przez kilka kolejnych dni. No cóż – sama sobie to zafundowałam:(
Na koniec ostała się próbka serum do twarzy z Yves Rocher . Naprawdę nie wiem co firma chce osiągnąć dodając do zakupów kilka różnych próbek o pojemności 1ml. Po takiej ilości produktu naprawdę nie można wyrobić sobie o nim zdania. Co więcej, taka ilość nie nadaje się nawet do zabrania w podróż, gdyż wystarcza na max. 3 użycia.

P.S. Po przeczytaniu posta Niecierpka,  bardzo zazdrościłam jej kompletu miniaturek z Vichy. Należę do osób, które  nie znoszą pytać o możliwość dostania darmowych próbek, więc  prawie w ogóle nie korzystam z tej możliwości.  Dzisiaj jednak musiałam pofatygować się do apteki  po krople do oczu gdyż zaczęły delikatnie ropieć. Traf chciał, że w tej aptece wisiał plakat z akcją organizowaną przez Vichy. Akurat obsługiwała mnie bardzo miła Pani farmaceutka więc postanowiłam się przemóc i ……. mam małe, urocze, różowe pudełeczko z próbkami;) 

niedziela, 10 marca 2013

Kilka słów o pewnych produktach

Jakiś czas temu zapowiadałam, że sukcesywnie będę pokazywać produkty które skończyłam, i powiem o nich "co nieco". Niestety mój słomiany zapał i kilka prywatnych kwestii sprawiło, że nie mogłam wywiązać się z  postanowienia. Dzisiaj mam zamiar nieco nadrobić. 

Na pierwszy ogień pójdzie odżywka do włosów i skóry głowy Jantar. O odżywce do włosów i skóry głowy pisałam wam już tutaj, więc powtarzać się nie będę. Dodam tylko, iż aktualnie kończę drugie opakowanie i jestem z niej bardzo zadowolona.


Kolejnym produktem jest  Noni Care Eye Anti -Aging Cream.  Krem pod oczy, który rzekomo ma działanie przeciw zmarszczkowe. Ja póki co nie muszę jeszcze stosować takich kremów, więc jego działania przeciw zmarszczkowego nie ocenię. Powiem tylko, że bardzo przyjemnie mi się go stosowało. Krem szybko się wchłaniał,  miał ładny zapach i był bardzo wydajny. Wystarczająco nawilżał skórę pod oczami na czym  bardzo mi zależało. Nie sądzę jednak abym do niego wróciła. Liczę, że znajdę krem, który oprócz nawilżenia rozprawi się z moimi bardzo ciemnymi sińcami pod oczami. 

Następnym produktem będzie również krem, tym razem jednak krem do twarzy Olay Active Hydrating- krem nawilżający na dzień do skóry wrażliwej. Już na wstępie muszę zaznaczyć że był to bardzo przyjemny krem do twarzy.Stosowałam go w okresie letnio-jesiennym i muszę przyznać, że świetnie nawilżał moją suchą skórę. Miał kremową konsystencję, bardzo delikatny zapach i szybko się wchłaniał. Był idealnym kremem pod makijaż. Nie uczulił mojej skóry (co czasem robią inne kremy). Jedyną kwestią, która mnie drażniła było opakowanie  rodem z domku dla lalek Barbi- różowe, słodkie i trochę tandetne…. Jeśli będę cierpiała na brak kremu do twarzy, z pewnością zakupie go ponownie.

Ponownie produkt do pielęgnacji twarzy - Rival de Loop – żel do mycia twarzy z wyciągiem z ginko i ogórka. To co ten kosmetyk zrobił z moją twarzą  było istnym szaleństwem. Zacznijmy od tego, że kupiłam go w promocji za ok. 8zł w Rossmannie. Skusiłam się na niego tylko i wyłącznie ze względu na cenę, gdyż żele których używam były o ok. 5zł droższe. Niby niewielka różnica, ale stwierdziłam że może warto spróbować, ”a nóż” trafi się coś dobrego. Niestety jak to zwykle w takich sytuacjach bywa „chytry traci dwa razy”. Żel miał okropny zapach, który niesamowicie drażnił moje nozdrza. Była to dziwna, chemiczno- śmierdząca woń. Sądzę, że byłabym w stanie to znieść, gdyby kosmetyk dobrze działał. Niestety żel nie oczyszczał dobrze mojej skóry, strasznie ją przesuszał, a na dodatek jeszcze podrażniał. Po umyciu, twarz myła sucha i lekko zaczerwieniona. Zużyłam go  oczywiście do końca( na szczęście był mało wydajny), niemniej jednak nigdy w życiu go nie kupię!

Ostatnim produktem na dzisiaj będzie Antyperspirant Rexona  linen dry. Kulkę tę zakupiłam z ciekawości, aby poeksperymentować. Mam już swój ulubiony dezodorant,  który sprawdza się u mnie idealnie, ale oczywiście babska ciekawość i chęć zmian nie pozwoliła mi wrzucić do koszyka ponownie tego samego. Tym oto sposobem, na mojej półce w łazience znalazła się Rexona.  
Antyperspirant nie jest zły. Ładnie chroni przed potem i nieprzyjemnym zapachem oraz nie brudzi ubrań. Dodatkowo ma niezwykle poręczne opakowanie, dzięki któremu użytkowanie go, nawet gdy zostało go już niewiele, nie stanowi dla mnie żadnego problemu. Ma jednak jeden szkopuł…, a może nawet dwa;p. Po pierwsze, strasznie długo wysycha po aplikacji. Niestety rano nie mam czasu na to, aby czekać w nieskończoność zanim ubiorę jakikolwiek podkoszulek czy bluzkę, więc po dłuższym czasie jego użytkowanie stało się bardzo uciążliwe. Druga kwestia to zapach. Niby w opakowaniu i zaraz po aplikacji pachnie ładnie, ale już po kilku godzinach jego zapach na moim ciele diametralnie się zmienia. Nie jest przyjemny, a wręcz przeciwnie, w momencie gdy go odczuwam czuje się nieco „nieświeża”. Podsumowując-za ok9zł wolę zakupić mój sprawdzony Nivea Dry Comfort, który jest rewelacyjny!
 

wtorek, 12 lutego 2013

Szampon ideał!


Nigdy nie sądziłam, że kiedyś tak polubię jeden szampon, iż nie będę już chciała używać innego. Tym ideałem okazał się być szampon intensywnie odbudowujący z amarantusem marki  Alverde.
Szampon zamknięty jest w klasycznym dla produktów marki Alverde opakowaniu, o pojemności 200ml. Wieczko otwiera się bezproblemowo, w związku z tym nawet posiadaczki długich paznokci nie powinny mieć z tym kłopotu.
Konsystencja szamponu jest nieco rzadsza niż tych „tradycyjnych” szamponów, niemniej jednak nie powoduje to wylewania się zbyt dużej ilości z pojemnika, czy też „przelewania” się go między palcami. Produkt pieni się nieco mniej niż typowe szampony z SLS-ami, których do tej pory używałam, w związku z tym zużywa się go odrobinę więcej. Nie jest to jednak bardzo duża różnica.

Szampon ma bardzo charakterystyczny zapach, który nie każdemu może się podobać.  Mnie osobiście w żaden sposób on nie przeszkadza, co więcej muszę przyznać, że im dłużej go używam tym bardziej go lubię. Niestety na moich włosach nie utrzymuje się zbyt  długo. Produkt bez problemu zmywa oleje.
Jego działanie jest rewelacyjnie! Włosy po umyciu nie są suche i napuszone. Mogę je rozczesać bez używania odżywki, co przy moich cienkich i plączących się włosach jest dużym wyczynem. Włosy przetłuszczają się zdecydowanie mniej niż przy stosowaniu tradycyjnych szamponów co bardzo mnie zaskoczyło. Co więcej, zauważyłam że moje włosy po umyciu są bardziej puszyste i uniesione u nasady.

Dla mnie hicior! Zużyłam już jedno opakowanie, rozpoczęłam drugie i nie mam zamiaru na tym poprzestawać.